Drugie oko na Maroko

Początki wyprawy

W tym poście chcielibyśmy wam opisać najciekawszą (naszym zdaniem) część marokańskiej wyprawy. Są to trzy dni spędzone w Atlasie Wysokim.  Ostrzegamy – to będzie dłuuugi post!

Kiedy zaczęliśmy planować tę podróż postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt Afryki północnej – Jebel Toubkal, 4167 m n.p.m. Zaznaczmy od razu – nie jesteśmy doświadczonymi ludźmi, jeśli chodzi o wchodzenie na duże wysokości. Nie wiedzieliśmy do końca, co należy wziąć, jak się przygotować, jak przejawia się choroba wysokościowa. Nasza kondycja nie była porażająca. Przed tym wyjazdem najwyższym punktem, na jaki udało nam się wejść było gruzińskie Cminda Sameba (2170 m n.p.m.). Podzielimy się naszymi doświadczeniami, co być może pomoże komuś z was zaplanować swoją wyprawę i uniknąć naszych błędów.

Dzień 1

Punkt startowy wyprawy w Atlas Wysoki to Imlil – niewielka wioska berberyjska położona na wysokości 1740 m n.p.m., ok. 60 km od Marrakeszu. Można się tam przedostać za pomocą autobusów lub taksówek. My zmuszeni byliśmy wybrać taksówkę ze względu na marokańskie święto, które unieruchomiło komunikację publiczną. Podróż zajęła mniej więcej 1,5 godziny. Nasz nocleg – Dar Mzik, mieścił się w górnej, mniej turystycznej części wioski, do której nie dało się dojechać samochodem. Gospodarze okazali się niezwykle mili i pomocni. Przywitali nas po polsku słowami – „Dzień dobry, herbata miętowa?”. O Dar Mzik napiszemy więcej pod koniec tego posta, ale już teraz możemy powiedzieć – polecamy! Przytulny, czysty pokój, dobre jedzenie (gotowane na miejscu), ale przede wszystkim – taras. Wspaniały, duży, z fantastycznym widokiem na góry. Spędziliśmy na nim większość popołudnia i wieczoru – tam zjedliśmy obiad, popijaliśmy miętową herbatę, a wieczorem obserwowaliśmy ogromny księżyc. Meczet w sąsiedztwie hotelu dodatkowo podbijał nastrój:)

Jeśli chodzi o zwiedzanie miast/wiosek – lubimy łapać klimat miejsca, a najlepszym sposobem (naszym zdaniem) jest spacerowanie, obserwowanie ludzi. Po krótkim odpoczynku postanowiliśmy to uskutecznić i przed obiadokolacją zrobiliśmy spacer po górnej części wioski. Mieliśmy dużo szczęścia, w ten dzień odbywał się berberyjski karnawał. Nie wiemy dokładnie o co chodziło (nasz francuski okazał się niewystarczający). Zabawa polegała na tym, że chłopak przebrany za diabła/kozła/nie wiemy gonił innych mieszkańców wioski. Kto został złapany, przyłączał się do drużyny goniącego diabła/kozła. Byliśmy chyba jedynymi turystami, którzy tego dnia mieli okazję zobaczyć karnawał tego dnia. Świetne doświadczenie.

Dzień 2

W góry wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu (ok 9:00). Wzięliśmy ze sobą tylko jeden plecak z najpotrzebniejszymi, naszym zdaniem, rzeczami.  Drugi plecak zostawiliśmy w hotelu. Gospodarze byli o tyle mili, że pozwolili nam przechować u siebie rzeczy. Dodatkowo wypożyczyli nam kije trekkingowe oraz kurtkę dla Pawła (zapomniał wziąć swojej:)). Zaraz za Imlilem napotkaliśmy grupę z Barcelony w wieku 50+, z którą mijaliśmy się już do końca wyprawy na szczyt.  Naszym faworytem został 70-letni, energiczny starszy pan, wykrzykujący co chwilę katalońskie hasła niepodległościowe.

Plan był taki – dojście do schroniska pod szczytem, nocleg, aklimatyzacja i wejście następnego dnia. Dojście do schroniska (3207 m) miało zająć około 6 godzin. Szlak nie jest  specjalnie oznakowany. Dwa razy musieliśmy pytać miejscowych o kierunek.

Minęliśmy dwie wioski i przecięliśmy duże, kamienne koryto. Zaraz za nim zobaczyliśmy tablicę informującą o tym, że znajdujemy się na terenie Parku Narodowego Toubkalu. Od tej pory raczej nie ma szans na to, że się zgubicie – trasa jest dobrze wydeptana. Dodatkowo niemal cały czas idzie się wzdłuż rzeki, która będzie prowadzić do samych schronisk pod szczytem. Co chwilę mijały nas muły objuczone ciężkimi workami. Dostarczają one zaopatrzenie do schronisk i wioski położonej na tyle wysoko, że nie można dojechać do niej autem. Co jakiś czas przechodzi się obok straganów z jedzeniem i piciem – można uzupełniać własne zaopatrzenie.

Przez długi czas szło się nam bardzo przyjemnie, mimo, że słońce coraz mocniej dawało się we znaki. Ostatnią mijaną wioską jest Sidi Chamharouch (2275m n.p.m.). Tutaj zatrzymaliśmy się na odpoczynek i świeży sok pomarańczowy. Ciekawie wygląda jego produkcja – sprzedawca trzyma pomarańcze w „baseniku” zrobionym z zimnego potoku górskiego, który zastępuje lodówkę. Wyciąga z niego kilka owoców i przy kliencie wyciska sok. Nie piliśmy chyba nic smaczniejszego!

Po opuszczeniu wioski czekało nas spore podejście. Można też już było zauważyć zmianę roślinności – góry robią się bardziej skaliste, mniej jest drzew i traw. Ale za to coraz więcej owiec:).

Po około godzinie zauważyliśmy w oddali dwa budynki, które wydawały się być bardzo blisko. Dojście do nich zajęło nam jednak ok 45 minut. W tym czasie Marta zaczęła się nienajlepiej czuć – odczuwała ból i zawroty głowy. Wtedy jeszcze nie skojarzyliśmy tego z chorobą wysokościową.

Pod szczytem Jebel Tubkal znajdują się obok siebie dwa schroniska. Przeczytaliśmy kilka opinii o obu miejscach. Minęliśmy bliższe, marokańskie schronisko i skierowaliśmy się do należącego do Francuskiego Klubu Alpinistycznego – Refuge du Toubkal. Ponoć jest lepiej wyposażony i ma korzystniejsze ceny (piszemy ponoć, ponieważ nie sprawdziliśmy osobiście drugiego miejsca). Nie zarezerwowaliśmy tam wcześniej noclegu, jednak znalazło się dla nas miejsce w 16-osobowym pokoju z piętrowymi łóżkami. Nie wzięliśmy ze sobą śpiworów (tak tak, lista rzeczy, których nie wzięliśmy systematycznie się wydłuża). Na szczęście udostępniono nam koce. Schronisko posiadało wieloosobowe pokoje, dwa wspólne prysznice i 4 toalety. Oprócz tego był świetny taras na dachu z widokiem na góry oraz tzw. Common room, w którym spędziliśmy czas, jaki został nam do kolacji. Ten pokój to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc, w których byliśmy. Byli w nim ludzie z całego świata, w różnym wieku. Naszym numerem jeden zostały dwie starsze (na oko 60 lat) panie z Niemiec. Jedna zaczytywała się w swojej książce, druga robiła niezidentyfikowany ciuch na drutach. Opowiedziały nam, że wczorajszą noc spędziły w namiocie na szczycie jednej z gór. To jest właśnie wymarzona emerytura!

Nasz wieczór w międzynarodowym towarzystwie nie trwał długo. Pawła dopadła choroba wysokościowa objawiająca się sporym bólem głowy. Po wzięciu tabletki i nastawieniu budzików na 5 rano (!!) położyliśmy się spać.

Dzień 3

Następny dzień to pobudka, kawa i szybkie śniadanie. Najlepiej jest wyruszyć na szczyt jeszcze przed 6 rano. Niestety my nie mogliśmy tego zrobić, gdyż na zewnątrz  o 6 rano było ciemno, a my nie mieliśmy czołówek (Lista rzeczy ominiętych, kolejny punkt). Czekaliśmy więc do 6.30, aż cokolwiek będzie widać. Szlak tuż za schroniskiem jest dość podchwytliwy i łatwo zgubić właściwą drogę. Należy iść ścieżką wzdłuż potoku i przekroczyć go przy małym wodospadzie nad schroniskiem. Dalej trzeba iść wydeptaną ścieżką i wypatrywać białych kropek na kamieniach, które będą oznaczać szlak. Brzmi prosto. Niestety my zgubiliśmy się już po 15 minutach od wyjścia. Droga pokryta jest piargiem, czyli małymi kamyczkami, które były naszą zmorą aż do samego szczytu. Ruszyliśmy wzdłuż czegoś, co wydawało nam się szlakiem. Naszą pomyłkę uświadomił nam przewodnik, który mijał nas prowadząc swoją grupę. Prawdziwy szlak szedł po lewej stronie wzniesienia. Trochę nam zajął powrót na właściwą drogę (nie jest łatwo iść po piargu!). Później było nieco lepiej – wspinaczka przypominała slalom między sporymi głazami. Niestety na tym odcinku nie było wspaniałych widoków, gdyż szło się w cieniu gór. Według relacji, które czytaliśmy przed wyprawą, po około 2 godzinach wędrówki powinniśmy dojść do przełęczy. Nie wiemy, kto nazwał to miejsce przełęczą – naszym zdaniem niespecjalnie na nią wyglądało. Sama wędrówka była męcząca , zwłaszcza dla Pawła, który niósł nasz plecak. Marta również nie była w 100% zadowolona – zapomniała wziąć rękawiczek (!) i nie sprawdziła przed wyjściem swoich kijków trekkingowych – okazały się nieco za krótkie, co utrudniało wspinaczkę. Dodatkowym minusem był bardzo silny wiatr.

Po około dwóch godzinach weszliśmy na nasłonecznioną część szlaku, a przed nami rozciągały się naprawdę niezłe widoki. Zanim jednak je zobaczyliśmy musieliśmy przejść dość stromy, oblodzony i ośnieżony kawałek. Było ciężko, zwłaszcza, że nie wzięliśmy raków (wiadomo!). Na szczęście ten odcinek nie był długi. Żeby nie było za lekko Paweł zaczął odczuwać skutki wysokości, na której się znajdowaliśmy. Robiliśmy więcej przerw i zwolniliśmy tempo, jednak zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy dojdziemy na szczyt. Musimy powiedzieć, że mieliśmy zamiar się poddać. Wejście na Toubkal zawdzięczamy bardzo pozytywnemu Marokańczykowi, którego mijaliśmy, gdy zjeżdżał – na butach – z góry. Przekonał nas, że damy radę, meta jest tuż tuż, a widoki będą tego warte. Ruszyliśmy więc w górę. Tuż tuż okazało się godzinną wspinaczką po piargu i półgodzinnym przejściem po stromej i ośnieżonej grani (przypominamy – brak raków). Na szczęście za nią był już szczyt.

Widoki naprawdę są wspaniałe, satysfakcja jeszcze lepsza! Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż choroba wysokościowa Pawła zaczynała być niepokojąca. Po obniżeniu wysokości o około 100 metrów objawy ustąpiły.

Są dwa zejścia z Jebel Toubkala. Pierwsza opcja to ta sama droga, którą się weszło – lewa strona góry. Druga – krótsza, ale bardziej stroma (prawa strona). Wybraliśmy pierwszą opcję, głównie dlatego, że już ją znaliśmy, a zależało nam na szybkim obniżeniu wysokości. Martwiło nas (głównie Martę ze względu na średnią przyczepność butów) zejście po ośnieżonych częściach szlaku. Jednak ludzie spotkani w górach to najbardziej uczynni ludzie na świecie! Pomoc zaoferował mijający nas, doświadczony himalaista z rakamiJ Szedł przodem asekurując nas. Zejście było dosyć męczące głównie przez piarg, na którym łatwo się poślizgnąć (Marta coś o tym wie). Po około dwóch godzinach zobaczyliśmy w dole nasze schronisko. Jednak ucieszyliśmy się zdecydowanie za wcześnie – dojście do niego zajęło nam jeszcze około godziny. Po zjedzeniu obiadu w schronisku szybka decyzja – schodzimy do Imlilu. Podyktowane to było naszymi dalszymi planami wycieczkowymi, a także faktem, że bardzo chcieliśmy się wyspać. Nie jest łatwo tego dokonać w 16-osobowym pokoju, w którym ktoś chrapie, ktoś mówi przez sen, a o 5 rano na pewno zadzwoni budzik kolejnych miłośników wspinaczek. Było już dosyć późno (godzina 16), więc trzeba było się spieszyć. Schodziliśmy w niezłym tempie, motywowani świadomością, że wędrowanie po ciemku nie będzie należało ani do przyjemnych ani do bezpiecznych. Po dwóch godzinach (około 3 km od Imlilu)zaczęliśmy odczuwać duże zmęczenie. Tu znowu potwierdziła się zasada pt. dobrzy ludzie w górach. Mijający nas autem  Anglicy zaproponowali podwózkę do wioski. Do naszego hotelu dotarliśmy około godziny 19. Dawno nie spaliśmy tak dobrze.

Zdobywanie Jebel Toubkal to nasze najlepsze wspomnienie. Nie tylko z marokańskiej wyprawy, ale ze wszystkich, jakie odbyliśmy. Nie było łatwo, w trakcie wspinaczki powtarzaliśmy sobie – nigdy więcej. Zdążyliśmy już zmienić zdanie:)

Informacje praktyczne

Jebel Toubkal ma 4167 m wysokości. Jak już wspomnieliśmy na początku, to był nasz pierwszy raz na takiej wysokości. Wejście na szczyt nie jest bajecznie proste, ale też nie wymaga alpinistycznych zdolności i wieloletniego doświadczenia. Poniżej lista rzeczy, które naszym zdaniem należy ze sobą zabrać.

  1. Dobre, górskie buty – chyba nie musimy tłumaczyć tego punktu
  2. Rękawiczki (!!), ciepła kurtka, czapka, okulary słoneczne.
  3. Kijki trekkingowe – odciążą wasze kolana i kręgosłupy; my wypożyczyliśmy nasze w Dar Mzik
  4. Woda butelkowa – ta z kranu jest niezdatna do picia
  5. Batoniki, które uzupełnią wam kalorie (punk 4 i 5 można spokojnie uzupełniać w sklepikach po drodze do schroniska i w samym schronisku)
  6. Czołówki – warto mieć je ze sobą, aby wcześniej zacząć wspinaczkę (można wypożyczyć w Dar Mik i schronisku; my niestety tego nie zrobiliśmy)
  7. Stoperan lub inny lek – wiadomo
  8. Filtr przeciwsłoneczny – ochroni przed poparzeniami

Kilka uwag praktycznych:

Choroba wysokościowa – może to i nie są Himalaje, ale powyżej 3000 metrów może was dopaść ta nieciekawa przypadłość. U nas objawiła się zawrotami i bólem głowy, spadkiem energii, zmęczeniem. Polecamy nie zdobywać szczytu w jeden dzień, ale zarezerwować nocleg i spokojnie aklimatyzować się w schronisku. Z tego, co czytaliśmy na ten temat – w trakcie wspinaczki poleca się głęboko oddychać, żuć gumę i robić dużo przerw. Kiedy wystąpią objawy polecamy wziąć aspirynę. Jeśli się nasilą – obniżyć wysokość. Zdrowie najważniejsze!

Żołądkowe przypadłości – nas to nie spotkało, ale wielu, nawet doświadczonych, ludzi musiało przerwać wyprawę ze względu na kłopoty z żołądkiem. Polecamy ograniczyć możliwość powstania szkody i unikać surowych warzyw i owoców, a także nie planować wyprawy w pierwszych dniach pobytu w Maroku.

Muły – istnieje opcja „wypożyczenia” mułów, które przewiozą wam bagaże do schroniska. Jeśli martwicie się, że te zwierzęta będą spowalniać wasz marsz, to możecie porzucić te zmartwienia. To wy będziecie spowalniać je. Serio. My nie skorzystaliśmy z tej opcji, ale dobrze jest wiedzieć, że ona istnieje.

Transport –  Jak już pisaliśmy, do Imlilu można dojechać autobusem lub taksówką. Jeśli chodzi o powrót do Marrakeszu, polecamy znaleźć kogoś, kto też się tam wybiera i podzielić z nim miejsce w taksówce i koszty przejazdu.

Miejsca

Dar Mzik –świetna obsługa, można wypożyczyć sprzęt, niskie ceny; Imlil 42152 Imlil.

Refuge du Toubkal – schronisko na wysokości 3207 metrów; na miejscu nocleg, jedzenie i wypożyczenie sprzętu.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Drugie oko na Maroko

  1. Pingback: Inne miejsca na upały | Inne miejsca

  2. Pingback: Barcelona 2014 | Inne miejsca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s